Typy klientów, które zniechęcają mnie do współpracy

typy klientow

Swój pierwszy projekt graficzny wykonałam w lutym 2015. Współpracę z tamtym klientem wspominam bardzo dobrze. Podobnie jak większość osób, dla których tworzyłam grafiki od tamtego czasu. Udana współpraca przy ciekawym projekcie dodaje chęci do dalszej pracy.

Jednak zdarzają się typy klientów, z którymi współpraca stanowi nie tyle ciekawe wyzwanie graficzne, co próbę siły charakteru. Niełatwo przebrnąć przez sytuacje, jakie stwarza taki klient. Co prawda, nie miałam ich dużo, ale lekcje, które dostałam, zapamiętam na długo.

Typy klientów, z którymi nie podejmę już więcej współpracy

Biedna Myszka

Czym się charakteryzuje Biedna Myszka? Po otrzymaniu wyceny projektu jest zaskoczona kwotą, jaką widzi. “To aż tyle to kosztuje? Ja sądziłam, że wydam maksymalnie 100 zł…” – takie lub podobne słowa przeczytasz w mailu od Biednej Myszki.

Oczywiście nie każdy musi wiedzieć, jakimi cenami posługują się graficy i skąd się one biorą. Być może taka Biedna Myszka podejrzała na stockach, że plik z gotowym logo nie kosztuje wiele. Zapewne spotkała się też z opinią, że dla grafika stworzenie projektu to tylko “kilka kliknięć myszką”. Jeden JPG i można podbijać internety.

Osoby postronne najczęściej widzą tylko finalny efekt pracy grafika i uznają, że jego osiągnięcie zajmuje chwilę. Z mojej strony staram się udzielić wszelkich informacji na temat etapów współpracy, plików, które stworzę i terminu realizacji. Problem pojawia się wtedy, kiedy pomimo udzielonych przeze mnie informacji klientka Biedna Myszka nadal liczy na ulgę ze względu na brak środków do zainwestowania w swoją identyfikację wizualną.

Nie mam nic przeciwko preferencyjnym cenom. Sama korzystam z promocji i rabatów. Zdarzyło mi się także zrealizować zamówienie po mocno obniżonej stawce. Jednak traktowałabym to jako wyjątek od reguły. Na co dzień swoją pracę wykonuję w celach zarobkowych, a nie tylko dla satysfakcji.

Panna „ja-mam-czas”

Współpraca wygląda następująco: koresponduję z dziewczyną zainteresowaną współpracą, dostaję od niej zamówienie. Klientka podkreśla, że to „na już”! Spinam się więc, po nocy z powiekami podpartymi na zapałkach kończę projekty wstępne, żeby dziewczyna jak najszybciej je zobaczyła i mogła podjąć decyzję. Wysyłam co rychlej pliki i… następuje dwutygodniowa cisza. Trzytygodniowa. Czasem dwumiesięczna. Hm, ukradła projekt? A może aż tak się nie podoba? Czy co się stało?

Nieważne, że warunki umowy, którą podpisałyśmy, mówią jasno: termin zatwierdzenia 1-2 dni. Nieważne, że przesunęłam terminy dla innych projektów, zrezygnowałam z być może lepszej współpracy. Klientka “na-już” zamienia się w „ja-mam-czas”. Po wreszcie udanej setnej próbie kontaktu okazuje się, że plany się pozmieniały i w zasadzie ten projekt jest już nieważny, trzeba wszystko robić od nowa…

Od czasu, kiedy spotkałam się z Panną “ja-mam-czas”, wprowadziłam dwie zmiany w etapach współpracy: zadatek płatny przed rozpoczęciem jakiejkolwiek pracy i określenie deadline’u, który wpisuję do umowy.

Naciągacz bonusowy

Przed przystąpieniem do projektu staram się jasno ustalić z klientem, co wchodzi w zakres zamówienia. Ustalenia wpisuję w umowę, klient się pod tym podpisuje, jest przyklepane. Współpraca początkowo idzie według planu. Jest miło, aż tu nagle zaczyna się klientowi przypominać: „A bo jeszcze by mi się przydało to i to, a tamtego, co miała być jedna wersja, to poproszę ze dwie lub trzy do wyboru, przecież dla pani to tylko chwilka, kilka kliknięć na komputerze, a ja naprawdę bardzo potrzebuję”.

Przy jednej małej prośbie jeszcze przymykam oko. Niestety, dla klienta typu Naciągacz bonusowy jest to zielone światło do wysyłania kolejnych. Co więcej, nie pyta on o dodatkowy koszt, o aneks do umowy, a raczej umiejętnie wpycha dodatkowe zadania pomiędzy główne elementy projektu. Nie pozostawia miejsca na sprzeciw, a przynajmniej nie daje szansy na dialog osobie mało asertywnej. Chce przejąć kontrolę. W podsumowaniu pracy nad projektem okazuje się, że wykonało się dla niego dwa razy więcej pracy i zarobiło w stosunku do niej sporo za mało.

Takiej współpracy mówię “nie”! Jest mi trudno być stanowczą i konsekwentną w momencie, kiedy muszę zwrócić komuś uwagę, jednak Naciągacze bonusowi nie pozostawiają mi wyboru.

Wiecznie niezdecydowana

Ten typ wiąże się po części z Panną “ja-mam-czas”, jednak ma swoje indywidualne cechy. Wiecznie Niezdecydowana nie urywa kontaktu, wręcz przeciwnie, często bardzo sprawnie odpisuje na maile. Zazwyczaj też wie, czego potrzebuje. Przynajmniej na początku.

Kłopot w tym, że tego typu klientce podoba się zbyt wiele rzeczy albo nie podoba się nic tak do końca. Zdarzyło mi się spotkać osobę, która chciała mieć w logo pastelowe kolory, po czym w trakcie szczegółowej analizy wykluczyła wszystkie, jakie można w tej palecie znaleźć.

Wiecznie niezdecydowanej nie wystarczą 3-4 projekty wstępne. Potrzebuje ich 30, w ledwie rozróżnialnych gołym okiem odcieniach tego samego koloru, z milimetrowymi przesunięciami w lewo lub prawo. Taka klientka obejrzy projekt w pełnym słońcu i całkowitej ciemności. Wyśle kilkadziesiąt linków do inspiracji. Wypyta wszystkie przyjaciółki i… dalej nie będzie miała pomysłu, w którą stronę iść.

Co więcej, Niezdecydowanej nie pomoże wskazanie praktycznych cech projektu. Ona posługuje się do oceny emocjami, a – jak to mówią – z gustami się nie dyskutuje. Jeszcze gorzej, kiedy taka osoba spotka w swoim otoczeniu inspirację doskonałą i będzie usilnie dążyć do osiągnięcia takiego samego efektu, ale w taki sposób, aby nie popełnić plagiatu.

To prawda, że logo musi się podobać, aby miło się pod nim pracowało. Nie da się rozmawiać tylko o technicznych aspektach, kiedy projekt ma mieć także estetyczne walory. Jednak jest to niemożliwe, aby w jednym projekcie zebrać wszystko to, co spodobało się nam w ciągu całego dotychczasowego życia. Przynajmniej ja nie potrafię. W związku z tym zalecam zachowanie równowagi pomiędzy osobistymi odczuciami a celami, jakie ma spełniać projekt.

Kumpela z Facebooka

Od klientki Kumpeli usłyszysz: „Po co umowa? Po co aż taka suma? No przecież się znamy!”. Mail od Kumpeli jest pełen serdeczności, pochwał dla twojej pracy i talentu, zachwytu dla twojej osoby. Owszem, jeżeli sprawdzisz, to okaże się, że dziewczyna zajrzała raz czy dwa na bloga. Zaprosiła do obserwowania swojego na Facebooku. I co z tego, że to wszystko wydarzyło się tydzień przed złożeniem zamówienia. Dla Kumpeli jest to wystarczający argument, by zacząć się spoufalać, a mailami prawie poklepać po ramieniu i postawić piwo. Wszystko będzie super! Machniemy projekcik i luz.

Łatwo dać się złapać na taki sposób myślenia. Nie jest łatwo oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Chęć miłej i lekkiej współpracy także nie jest mi obca. Mimo to warto podejść do takiej klientki z delikatną rezerwą. Dlaczego? Ponieważ Kumpela z Facebooka próbuje uśpić czujność. Po wstępnych serdecznościach zaczyna przypominać Pannę “ja-mam-czas” zmiksowaną z Wiecznie niezdecydowaną. Do tego dorzuci parę nieuprzejmych uwag, gdyż “spodziewała się czegoś lepszego”. A na koniec, kiedy nerwy masz u kresu wytrzymałości, stwierdzi: „no przecież nie byłam aż tak złą klientką, żeby mnie tak traktować!”.

Jak sobie radzić? Uważać i nie dać się złapać na słodkie słówka. Nie dać się ponieść emocjom. To trudne, ale w każdej sytuacji starajmy się zachować profesjonalizm i pozostawić siebie bez zarzutu.

Łaskawie Nam Panujący

Łaskawie Nam Panujący to pewna wersja Naciągacza Bonusowego, jednak ten wyjawia swoje zamiary już na początku. Prosi o niską stawkę lub darmowy projekt, argumentując, że “będzie mieć pani do portfolio” czy też “wkleję pani link do strony na swoim Facebooku, gwarantuję wysokie zasięgi!”. Czasem proponuje wymianę usług lub produktów. Robi to w taki sposób, jak gdyby jego oferta była darem od losu.

Łaskawie Nam Panujący nie jest w żadnym wypadku Biedną Myszką. Nie miałby problemu z finalizacją zamówienia w standardowej cenie i formie. Odnoszę wrażenie, że liczy on na niedoświadczenie osoby po drugiej stronie. Chce coś zyskać, by potem móc pochwalić się, jaki to on ubił interes. Nie jest to przyjemne.

Owszem, początkujący grafik może wykonać kilka takich projektów, by faktycznie wzbogacić swoje portfolio i nabyć praktycznych umiejętności. Jednak taka współpraca ma sens, jeżeli jest oparta na szacunku i zgodzie obydwóch stron na takie, a nie inne warunki. Łaskawie Nam Panujący moim zdaniem nie ma dobrych zamiarów i z góry próbuje narzucić swój sposób myślenia.

Nikt nie ma prawa umniejszać wartości czyjejś pracy. A jeżeli jeszcze dodatkowo usłyszysz, że twój klient “przecież nie jest pewien efektu twojej pracy”, to lepiej pozwól mu poszukać kogoś innego do współpracy.

Nikt z nas nie jest wolny od wad. Żaden zawód nie zagwarantuje samych udanych relacji. Ważne jest to, jak reagujemy i co wynosimy z relacji z trudnym klientem. A jeszcze ważniejsze, kiedy mimo wszystko się nie poddajemy.

Jakie typy klientów dały tobie niezapomnianą lekcję? Podziel się swoją historią w komentarzu.

To ja, Weronika

Nazywam się Weronika Labisko. Jestem plastykiem i grafikiem. Od 2015 roku zajmuję się projektowaniem graficznym. Moim celem jest tworzyć piękne logo i pomagać w kreowaniu pozytywnego wizerunku markom, które stawiają na najwyższą jakość.